• Facebook:
  • Twitter:
  • Flickr:
  • MySpace:
  • Google+:
  • YouTube:
andrzej Kategoria: teatr
Opublikowano: 27 wrzesień 2011

23 września uczniowie Naszego Liceum uczestniczyli w wydarzeniu teatralnym, jakim niewątpliwie jest adaptacja powieści Stanisława Lema „Solaris”. Rewolucyjną interpretację zespołu Teatru Śląskiego, nim będzie ona zaprezentowana widzom m.in. w Madrycie i Paryżu, możemy jeszcze obejrzeć 13 i 14 października. O tym, że warto wybrać się na spektakl, niech przekona Was recenzja „strefowego” wysłannika.   

 

Niełatwo jest zrobić z „Malucha” Ferrari. Równie trudnym zadaniem jest napisać dobrą sztukę na podstawie science fiction. I to science fiction specyficznego, bo pióra Stanisława Lema. Ekipie pod przewodnictwem Jarosława Tumidajskiego udało się to jednak na piątkę z plusem.

 

„Solaris” w wydaniu teatralnym spełniło wszystkie pokładane w nim przeze mnie oczekiwania. Nie było to łatwe, ponieważ powieść na której bazuje sztuka to tak na prawdę psychologiczny thriller z bardzo głębokim „drugim dnem”. Mistrzowska gra aktorów wcielających się w postaci Christophera Kelwina (Jakub Kamieński), profesora Snauta (Grzegorz Przybył), doktora Sartoriusa (Andrzej Warcaba) i ukochanej Kelwina Harey (Karina Grabowska) oddała w pełni charaktery i zachowanie bohaterów książkowych. Każdy gest, każde słowo nie wydawały się wyreżyserowane tylko w pełni naturalne, jakbyśmy nie siedzieli w teatrze tylko oglądali okiem kamery prawdziwe rozterki moralne żywych ludzi, zawieszonych gdzieś w przestrzeni kosmicznej. Szczególnie dobrze wypadli doktor Snaut i Kelvin – główne postaci utworu. Były wyraziste, widać było ich rozterki moralne, pewną wrogość pomiędzy nimi i brak zaufania.

 

Przed scenografem (Mirek Kaczmarek) stało nie wiem czy jeszcze nie trudniejsze zadanie. W sali kameralnej należało odtworzyć klimat stacji kosmicznej gdzieś daleko w kosmosie. Mało tego, na pokładzie w skutek pewnych wydarzeń istotnych dla fabuły, należało zrobić straszny bałagan. I to wszystko musiało być czytelne dla widza. Pan Kaczmarek podszedł do tego bardzo skrupulatnie. Zadbał o chaos, a równocześnie każdy przedmiot na scenie miał swoją określoną rolę. Panele komputerowe zastąpiły ekrany LCD. Na ścianach powieszono przedłużacze symulujące różne przełączniki. Plus drukarki igłowe udające pracę archaicznego sprzętu, jaki (według fabuły) znajdował się na stacji.

 

Najwięcej pracy wykonał jednak scenarzysta - reżyser. Moim zdaniem w pełni oddał wszystkie zawiłości fabularne i dialogi tej powieści. Doskonale wiedział, co można wyciąć, a co należy wyeksponować, jak zamienić akcję z raczej powolnej na dynamiczną i przykuwającą widza do sceny. Dzięki temu sztuka stała się głęboka i wierna oryginałowi, a zarazem przejrzysta i czytelna nawet dla kogoś, kto wcześniej nie czytał książki. I co najważniejsze – każdy znalazł w tej sztuce temat do oryginalnych refleksji.

 

Podsumowując, sztuka okazała się nad wyraz udana. Szczerze powiem, że podchodziłem do niej bardzo sceptycznie. Na szczęście dzieło  pozwoliło mi przeżyć prawdziwe katharsis.

Powered by Web Agency
  • 1
  • 2
Prev Next
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.