
„Iwona – Księżniczka Burgunda” to tytuł, który znają wszyscy. Obawiam się jednak, że większości kojarzy się z kolejną, nudną lekturą. Gombrowicz do jednych może przemawiać (jak w moim przypadku) jednocześnie zupełnie nie trafiając do tych drugich, jednak interpretacja Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego przemyślana jest w ten sposób, aby trafić do każdego. To trochę współcześniejsza wersja dzieła Mistrza, osadzona w nieco bliższym nam środowisku, jednak nie przekraczająca cienkiej linii, dzielącej własny pomysł na tekst od czystej profanacji.
Budując dom zaczynamy od ścian, tak i w teatrze budując spektakl trzeba od czegoś zacząć. Ja w swojej recenzji zacznę od scenografii. Pomysł na nią jest wysoce nowatorski ponieważ tak naprawdę... jej nie ma! Akcja spektaklu dzieje się na zamku, który przedstawiony jest za pomocą białych, dobrze oświetlonych ścian, z jednym korytarzem prowadzącym wzdłuż nich.
Przyznam szczerze, że pierwszy raz spotykam się z tego rodzaju podejściem do tematu, jednak jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Dzięki pozbyciu się drobnostek, często nieistotnych elementów wnętrza możemy skupić się lepiej na tym, co mają nam do zaprezentowania aktorzy. Już sam ich wygląd jest niezwykle nietuzinkowy, doskonale pomalowane twarze, szykowne peruki, zdobione suknie i garnitury sprawiają, że widzowie od razu przenoszą się do świata przedstawionego w sztuce.